Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Motley. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Motley. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 marca 2016

035. Zimowe otulenie

 

Kilka dni temu wyjrzałam zaspana przez okno, skonstatowałam: "O, zima przyszła", po czym błyskawicznie oprzytomniałam. Śnieg w marcu co prawda nie jest ewenementem nie z tej ziemi, ale jednak bywa mało wyczekiwany. Kolejną moją myślą było, że co za szczęście, że zdążyłam skończyć dwa otulacze. No, jeden otulacz i jeden szyjogrzej.

czwartek, 28 stycznia 2016

031. Jego wysokość Motley



Wzór projektu Lady In Yarn zrobił furorę - efektowny, a przy tym prosty i praktyczny (bo szal, a nie chusta). Nie potrafiłam się oprzeć :) Wzór nabyłam, przestudiowałam od deski do deski, uświadomiłam sobie, że nie mam zielonego pojęcia, jak się robi brioszkę, zakopałam się w tutorialach, zgłupiałam od nich totalnie... po czym pomyślałam, że co będzie to będzie, i złapałam za druty.

No i jest co jest :)

sobota, 16 stycznia 2016

030. Zimowy letarg




W zamierzeniu nowy rok miałam zacząć z przytupem, łomotem i jazgotem drutów, wykończyć wszystkie rozgrzebańce, kończyć ekspresowo jedną robótkę i natychmiast przechodzić do drugiej, systematycznie powiększać szydełkową bazę irish lace, i generalnie iść przez dzianiny jak burza, strzelając energią na wszystkie strony.

Przyszedł nowy rok. I przyszła zima.
Taka prawdziwa.
Ze śniegiem.
I mrozem.

A ja odkryłam ze zdumieniem, że dziergać to owszem, dziergam, tylko jakoś tak... Sennie. Apatycznie. Mechanicznie i melancholijnie. Z zamieraniem bez ruchu w środku rzędu, bo tak. Bez liczenia oczek, bo po piątym zapominałam, co ma być dalej. Z odkładaniem robótki gdzie popadnie, bez zaznaczania na schemacie, w którym miejscu przerwałam.

Zamiast tego wolę zwinąć się w kłębek pod kocem albo i dwoma (nie dlatego, że zimno, ale dlatego, że kokon wychodził bardziej... hm, "kokonowaty"), z apetyczną książką i gorącą herbatą w zasięgu ręki.

I jest mi tak po prostu dobrze. Żadnych wyrzutów sumienia, że omatko, lenię się, a tyle rzeczy czeka, żeby je zrobić już-teraz-zaraz-natychmiast!!! Nawet praca mnie nie mobilizuje, bo przez te dwa tygodnie nie przyszło żadne zlecenie - może i dobrze..?

W dodatku w tym tygodniu zdrowo mnie przystopowała choroba - zafundowałam sobie zatrucie pokarmowe i mogłam tylko leżeć, a na leżąco za bardzo się nie da dziergać...

Rezultat? Motley prawie na ukończeniu. Być może uda mi się skończyć za kilka dni, ale tylko dlatego, że kończą się motki włóczki i to mnie trochę wyrwało z letargu, bo chcę zobaczyć, jak się będzie prezentował Motley w całej okazałości. 
Poza tym nie tknęłam niczego innego, aczkolwiek trochę mnie ruszyła paczka, którą dostałam na dniach, a która zawierała w sobie uzupełnienie drutów wymiennych o brakujące mi rozmiary i te 10. wyglądają tak apetycznie, że z przyjemnością wrzucę na nie jakąś kudłatość.

Ale to za parę dni. A teraz idę owinąć się kocykiem i, popijając herbatę z jaśminem, wybiorę się na Guadalcanal razem z kompanią C-jak-Charlie.

Trochę nieaktualne - chwilowo odpoczywam od Dresdena, czytając "Cienką czerwoną linię". Jeśli można to nazwać odpoczynkiem...