Ponieważ
chwilowo nie mam nic nowego, co mogłabym pokazać (bo jedno się
suszy, a drugie robi), porozważam sobie trochę o mojej aktualnie
ulubionej włóczce, czyli Estońskiej Artystycznej – Aade Long.
Niespecjalnie
lubię czystą wełnę, bo gryzie, ale dla estonki robię wyjątek –
przy takich kolorach zgadzam się zostać nie tylko pogryziona, ale i
zjedzona, to farbowanie wynagradza wszystko! Oraz dostarcza
niezapomnianych wrażeń przy wyborze wzoru.
No bo tak:
generalnie jestem przyzwyczajona, że to wzór „robi”
chustę/szal/bluzkę/ (niczego nie skreślać, potrzebne dopisać).
Można zrobić coś prościutkiego, i czasem ta prostota jest wręcz
pożądana, ale nawet niewielkie pasmo ażuru czy warkocz umieszczony
w strategicznym miejscu sprawiają, że wyrób nabiera
indywidualności i przyciąga wzrok. A estonka jest pod tym względem
wredna wyjątkowo, bo naprawdę trudno znaleźć taki wzór, którego
jej kolory nie zabiją. Mało który wzór zyskuje na oczopląśnym
farbowaniu, jakim jest na przykład Tęcza czy wykorzystany przeze
mnie Festival. Tutaj prostota jest nie tylko pożądana, ale wręcz
wymagana. Ale ja nie szukam prostych dróg, o nie...
Poszperałam
na Ravelry. Poszperałam w runetach. Przyjrzałam się z uwagą
swojemu zasobowi estonek (to ten na górze, przy czym Pomarańcza
jest już zaanektowana i robiona, ale mam przed sobą jeszcze pięć
kolorów, w tym cztery, jak dotąd, bezpańskie). Podumałam nad tym
wszystkim. I coś mi z tego wszystkiego wyszło.