czwartek, 5 stycznia 2017

044. Ostatni w roku





Jest Sylwester, jest impreza :) U mnie co prawda piżamowa, ale starsze pokolenie zabawę miało szampańską. I potrzebowało oprawy. Mama kupiła sukienkę, która aż prosiła się o dodatek w postaci eleganckiego, zwiewnego i eleganckiego szala. No to zrobiłam.

Jedwab, bo jedwab błyszczy szlachetnie, a przy tym blokuje się perfekcyjnie, więc mogłam poeksperymentować ze zwiewnością, nie martwiąc się, że ażur straci kształt. Koraliki, bo ma być wystrzałowo i błyszcząco (gdybym mogła, obsypałabym brokatem, bo to w końcu Sylwester), a poza tym naprawdę lubię z nimi pracować. Wzór Something Borrowed by Kathy Lang, bo już dawno o nim myślałam.

Efekt jest szampański :)

043. Ogień na śniegu





Taaak... Jak widać, wspomniana w poprzednim poście siła wyższa doznała przypływu dzikiej aktywności, zaprzęgła do pomocy siłę niższą i skutecznie odciągnęła mnie od dziergania i blogowania. Znaczy, od dziergania to tak może nie do końca, tyle że najpierw miałam przestój, w czasie którego patrzyłam na druty z obrzydzeniem, a potem zapadłam na przypadłość, objawiającą się zaczynaniem mnóstwa robótek i niekończeniem żadnej z nich. Doszło do tego, że zabrakło mi żyłek i drutów, bo wszystko było zajęte rozgrzebanymi udziergami!
No, ale już powoli wracam do formy. Na początek: prościzna, moja ulubiona, bo i chusta, i same prawe, i nowe włóczki wypróbowane.
Ogień na śniegu.

sobota, 30 lipca 2016

042. Popiół i żar



Tak właściwie miał tu być wpis o czymś innym, ale jeszcze tego "czegoś innego" nie skończyłam, bo pojawiło się zapotrzebowanie na nią. Na chustę Dreambird. W kolorach dowolnych, wybranych przez mnie. Ważny był kształt.

A kształt jest zachwycający. Na bazie jedynie oczek prawych i z wykorzystaniem rzędów skróconych powstaje coś, co zaiste ma prawo nosić nazwę "Ptaka marzeń". W moim wydaniu - nawet Żar-ptaka :)

wtorek, 21 czerwca 2016

041. Mimozami jesień się zaczyna...




...a nie, nie ta bajka.
Za wcześnie myśleć o jesieni, szczególnie w przeddzień lata ;) ale kiedy zobaczyłam Jesienny Bukiet Olgi Bochkarevej, nie mogłam się oprzeć - tym bardziej, że miałam idealną włóczkę do tego wzoru. Czyli moją ukochaną estońską Aade Long, cienką, w kolorach brązów, żółci i czerwieni. Do tego ze cztery rodzaje pasujących koralików i ze dwadzieścia niepasujących :) No aż się prosi, żeby udziergać. Efekt? Efekt można podziwiać poniżej, a zaprezentuje go moja nowa pomocnica, Greta:

sobota, 18 czerwca 2016

040. Ślubne




Uff, jak mnie tu dawno nie było z nowym postem! Rzuciła się na mnie praca zawodowa, którą co prawda bardzo lubię, ale która ma jedną wadę: spada jak śnieg w środku lata. Na szczęście już się ogarnęłam, deadline przestał mi wisieć nad głową, wykończyłam pozaczynane robótki, rozpoczęłam jakiś tuzin następnych, tak że będzie o czym pisać... ale dzisiaj chcę pokazać coś skończonego już dawno, z czego jestem niesamowicie dumna :)

Lubię robić coś przeznaczonego dla panien młodych. Mam wtedy poczucie, że w jakiś sposób przyczyniłam się do wyjątkowości tego pięknego dnia. Do tej pory były to chusty lub szerokie, zwiewne, ażurowe szale, ale teraz trafił mi się rarytas: poncho. W dodatku na pierwszy rzut oka kompletnie nie-ślubne - z szerokim, grubym kołnierzem i kudłatym korpusem. Ale panna młoda sobie takie zażyczyła, a ja się zapaliłam, bo nieoczywistości też lubię :) Odwzorowałam wiernie projekt DROPS Garnstudio tyle że zamieniłam nieprodukowaną już Viennę na, równie kudłatą, Melody. Natomiast włóczki na kołnierz nie zmieniałam i jest to Eskimo.

Kwiatki zrobiłam z błyszczącej Cotton Viscose


Przez cały czas dziergania miałam wrażenie, że to do siebie nie pasuje. Niby wiedziałam, co ma wyjść w rezultacie, ale nie widziałam tego w trakcie. Kołnierz robiony na relatywnie cienkich drutach, mięsisty, zwarty i ciężki; korpus z kolei dziergany z włóczki z włoskiem, wymagającej bardzo grubych drutów, żeby w rezultacie wyszła lekka, puchata mgiełka. Zestawienie tych faktur kłuło w oczy. Niemal wpadłam w rozpacz, ale twardo dziergałam do końca. Zamknęłam oczka, schowałam nitki, rozłożyłam całość na płasko. Szlag, no nie pasuje. Szydełkowe kwiatki dodały kołnierzowi lekkości, ale nie na tyle, żeby całość się ze sobą nie gryzła. Przymierzyłam.
O.
Pasuje.

:))

No więc: Wedding Beach to udzierg z rodzaju tych, które potrzebują nosiciela. Nie mogą być prezentowane na płasko ani nawet na wieszaku - potrzeba im człowieka. Dopiero wtedy pokazują cały swój wdzięk - a czy ktokolwiek by pomyślał, że coś, robione na drutach nr 9 i nr 12 (kołki na wampiry, jak nic...) może być wdzięczne? Jak widać - może :)

A najwdzięczniej wygląda na pannie młodej:


(Autorem obu zdjęć z sesji ślubnej jest Mika Szymkowiak Fotografia)

Garść informacji technicznych: kołnierz robiony z włóczki Eskimo na drutach nr 9, korpus - z Melody na drutach nr 12; dziergałam w okrążeniach; uwaga: Melody kłaczy! Nie jakoś tragicznie, ale jednak ten włosek się sypie. Najdobitniej przekonałam się o tym, kiedy w pewnym momencie musiałam spruć spory kawałek - kłaczki były wszędzie, a z dywanu wyskubywałam je jeszcze przez trzy tygodnie :) Na marginesie - włóczka pruje się całkiem dobrze, nie zahacza o siebie, co pewnie jest zasługą śliskiej alpaki.


Państwu Młodym życzę miękkiej i puchatej wspólnej drogi przez życie, a na tej drodze - wszystkiego, co najlepsze :)))

I dziękuję za zgodę na udostępnienie fotografii ;)



środa, 13 kwietnia 2016

039. Tłumacząc się z tłumaczenia



Czyli krótka przypowiastka na temat tego, jak bardzo tłumaczenie może odstawać od oryginału. Nawet specjalistyczne, gdzie, zdawałoby się, nie ma miejsca na błąd, bo wszystko jest przejrzyste.

Mam ten problem, że większość wzorów na druty jest w języku angielskim, z którym radzę sobie, powiedzmy, że średnio. A tak naprawdę umiem przeczytać i zrozumieć tylko coś, co jest związane właśnie z robótkami, bo tam ten język jest ujednolicony i sformalizowany w taki sposób, że wystarczy zapamiętać ze trzy słowa na krzyż i kilkanaście skrótów i już się rozumie, co trzeba robić. Ale i tak sprawia mi to kłopot, bo nie umiem intuicyjnie "łapać" sensu - muszę sobie przetłumaczyć, co przeczytałam, najlepiej na głos, a to zabiera czas i generalnie frustruje, bo skupiam się na przełożeniu, a nie na konkretnym wyobrażeniu sobie sytuacji na drutach. Dlatego jeśli to możliwe staram się sięgać po tłumaczenia polskie lub rosyjskie. Nie jest to idealne rozwiązanie.

Był sobie wzór, niedostępny w języku polskim. Sięgnęłam zatem po tłumaczenie rosyjskie. Przeczytałam, pierwsza część nie budziła wątpliwości, machnęłam ją zatem, a potem przystąpiłam do części drugiej. Przeczytałam uważnie, bo tu się zaczynały cuda wianki z dodawaniem i odejmowaniem oczek (a był tylko opis, bez schematu), i coś mi się zaczęło nie zgadzać. Zaniepokoił mnie fragment, gdzie była mowa o dodawaniu oczek poprzez narzuty po obu stronach markera. Czyli w praktyce wyglądałoby to tak: narzut-marker-narzut, co faktycznie daje nam podwójny narzut. Podwójny narzut ewenementem żadnym nie jest, zdarza się często w ażurach, bo oprócz dodatkowych dwóch oczek daje także wielką dziurę. Tyle że tu akurat dziura była zdecydowanie niepożądana, oprócz tego jeśli we wzorze występuje podwójny narzut, to musi być zaznaczone, jak go przerabiać w następnym rzędzie. Tu nic takiego nie było. 
No dobra, może źle zrozumiałam, co jest mało prawdopodobne, ale nie odrzucajmy takiej hipotezy. Przeczytałam jeszcze raz. I ponownie. Potem spojrzałam niżej, gdzie była podana informacja, że dodaniu i odjęciu wszystkich wskazanych oczek powinnam ich mieć na drutach 148. Przeliczyłam, zgodnie z tym, co mówił opis. Figę, nie zgadzało się. Jakbym nie liczyła, nie zgadzało się za Leworękiego. Poawanturowałam się jeszcze trochę, wreszcie westchnęłam ciężko i zajrzałam do oryginału.

W rosyjskim tłumaczeniu było tak:
[Dodawanie na ramionach] Прибавляем по 1 петле до и после цветной нитки, в каждом 2-ом ряду, всего 3 раза.
Czyli:
Dodajemy po jednym oczku przed i po kolorowej nitce [=markerze] w co drugim rzędzie, łącznie 3 razy.

A w angielskim oryginale tak: 
Inc 1 st for each shoulder (alternately before and after the marker) every other row a total of 3 times.
Czyli:
Dodajemy 1 oczko na każdym ramieniu (na przemian przed i po markerze) w co drugim rzędzie, łącznie 3 razy. 

Widzicie różnicę? Z przekładu wynika, że na każdym ramieniu dodaję po dwa oczka (bo przed i po markerze), tymczasem w oryginale wyraźnie jest napisane, że dodaję jedno oczko na każdym ramieniu, tyle że na przemian: w pierwszym rzędzie dodawania przed markerem, a w drugim rzędzie - po markerze. Tłumaczenie zatem każe mi dodać łącznie dwanaście oczek, podczas gdy oryginał - sześć. I właśnie o te sześć oczek nie zgadzała mi się łączna ilość oczek po zakończeniu dodawania i odejmowania...

Podobnie było w przypadku zamykania oczek, gdzie w pewnym momencie przekład kazał mi przerobić dwa oczka razem, a oryginał zrobić dwa oczka z jednego. Bardzo dobitnie sobie uświadomiłam, że nie ma siły, jeśli oryginał jest mi dostępny, to powinnam się z nim zapoznać, przynajmniej w newralgicznych miejscach.
Jasne, nie zawsze jest to możliwe, bo np. wzór powstał w języku japońskim, który jest mi kompletnie obcy, ale możliwe są sytuacje, gdy będzie więcej niż jedno tłumaczenie. Wtedy - porównać. Choćby ze słownikiem pod ręką, choćby z translatorem internetowym, ale - porównać.

Wszystko mi się w końcu zgodziło, poncho skończone i sobie schnie, ale ta godzina, kiedy usiłowałam dojść, co jest nie tak, zeżarła mi naprawdę mnóstwo nerwów, aż musiałam uciec się do pomocy milk oolonga, którego piję tylko przy wyjątkowych okazjach :)




piątek, 1 kwietnia 2016

038. Tysiąc kroków w krokusach



Miałam nie robić. Brak odpowiedniej włóczki, brak zapotrzebowania na nową chustę, brak czasu przede wszystkim, a i wzór, mówiąc szczerze, wcale mnie nie zachwycił. Oryginalny, tak, ale zabrakło mu tego czegoś, co przyciąga wzrok. Jednak po przeczytaniu Prologu do razemrobienia u Intensywnie Kreatywnej jakoś tak bezmyślnie zajrzałam na stronę chusty na Ravelry. Obejrzałam sobie inne wersje projektu i odkryłam, dlaczego mnie ten wzór nie pociągał.

Wielka jest siła koloru. Oryginalnie chusta zrobiona była w granacie i różu - zestawie, który jest mi całkowicie obojętny, kiedy go widzę na kimś, ale od którego dostaję piany na ustach, jeśli mam go na sobie. Myśl, nawet podświadoma, że miałabym przez kilka tygodni dziergać coś w tych barwach, a potem może jeszcze nosić... aż mną trząchnęło. 

Ale przy przeglądaniu innych wersji kolorystycznych nagle ten wzór zaczął mi się podobać. I to coraz bardziej, z każdym nowym zdjęciem "podobanie się" rosło. Aż w końcu zobaczyłam oczami duszy swoją wersję kolorystyczną. No, prawie zobaczyłam - kolorem głównym miała być radosna wiosenna zieleń, a co do kontrastowego, to wahałam się pomiędzy trzema motkami. Wzruszyłam ramionami, pomyślałam, że mam trochę czasu, aż skończę część główną, a jak już będę miała sporą płachtę, to łatwiej dopasuję kolor.