poniedziałek, 18 lutego 2019

052. Trochę spóźnione...




To wcale nie tak, że przez ostatni rok nic nie robiłam, choć fakt, że blog leżał półmartwy, może sprawiać takie wrażenie. Czas nadrobić trochę te zaległości i pochwalić się (a jakże!) tym wszystkim, co zajmowało mi ręce :) Zacznę od czegoś, co jest spóźnione o ponad dwa miesiące, ale że na dniach znów sypnęło śniegiem... Bo śnieg, choćby padał w maju, zawsze budzi we mnie świąteczny nastrój, a prezentowany poniżej szalik jest tak świąteczny, jak tylko może.
A poza tym, chętnie wracam do tego projektu, bo to było coś, co sprawiało mi czystą frajdę właściwie na każdym etapie: od wyboru napisów i ich ułożenie, przez dobór czcionki, rozrysowanie liter (każdej z osobna!) po samo dzierganie.

poniedziałek, 7 stycznia 2019

051. Dla Orkiestry po raz trzeci






27. Finał Wielkiej Orkiestry Światecznej Pomocy już za kilka dni, zatem najwyższy czas pokazać, co w tym roku wystawiam.



A wystawiam jeden z moich ulubionych wzorów, Dreambird, w optymistycznych, energetycznych kolorach pomarańczy, żółcie, czerwieni i intensywnego kobaltu. Ta chusta po prostu nie może źle wyglądać, nieważne, z jakiej włóczki by została zrobiona :) A w dodatku ja po prostu lubię robić Dreambird, niby same prawe oczka, a ile radości z efektu końcowego :) No i do tego estońska wełna artystyczna, czyli przyjemność do sześcianu.
Poszło 190 gramów Pomarańczy i 120 gramów Kobaltu na drutach 4,0.







Druga chusta to Hexed! według wzoru autorstwa Rose Beck. Ta dla odmiany jest robiona po raz pierwszy i trochę mi zajęło, zanim połapałam się, co właściwie mam robić, że by takie ładne heksagoniki wyszły. Za to jak już się zorientowałam, to dzierganie poszło piorunem i dało mi mnóstwo frajdy. Moja Hexed jest lekka i miękka, bo robiona z Scheepjes Whirl, czyli mieszanki bawełny z akrylem. Zielonościom dołożyłam brąz i wyszedł mi "Letni las", bo miałam skojarzenie z zielenią liści i brązem gałązek. 



Wyszło na nią jakieś 150 gramów zieleni i 60 gramów brązu na drutach nr 3,5. Mam zamiar popełnić drugą wersję dla siebie, ale może w fioletach, bo ze zdumieniem odkryłam, że nie mam ani jednej fioletowej chusty, choć fiolety tak bardzo lubię...






Można też udostępniać mój post na facebooku, im więcej osób wie, że jest coś do licytacji, tym więcej szans na wysoką kwotę dla Orkiestry :) 


A tutaj link zbiorczy do innych dziewiarskich dzieł, zrobionych specjalnie dla WOŚP: https://charytatywni.allegro.pl/przedmioty-recznie-wykonane-odziez-101269?charityOrganizationPurposeId=5503




wtorek, 25 września 2018

050. Charytatywnie



Nie samą Orkiestrą Charytatywni Allegro się zajmuje - aukcji tam jest sporo, więc dlaczego by nie wspomóc jednej z nich ;) 
Za namową Intensywnie Kreatywnej postanowiłam wspomóc Fundację Hospicjum Proroka Eliasza, której celem jest wybudowanie stacjonarnego hospicjum, pozwalającego zapewnić stała, całodobową opiekę i leczenie dla osób nieuleczalnie chorych na terenach wiejskich Podlasia. W tej chwili Fundacja działa na zasadzie dojazdu do domów osób, potrzebujących opieki, a takie działanie, co logiczne, jest niewystarczające i utrudnione - bez specjalistycznego sprzętu, bez nieustannej opieki fachowców... Dla Fundacji liczy się każda cegiełka.

Na aukcję wystawiłam Niebiańskie Pióra - chustę według wzoru Dreambird, którą już kiedyś robiłam, a teraz wykonałam wersję w barwach czarno-błękitnych. Jak świt po ciemnej nocy.



Chusta jest wykonana z bardzo dobrej jakości akrylu - to ułatwia dbanie o nią, bo nie wymaga wielkiego zachodu: można prać w pralce na programie dla tkanin delikatnych, a suszyć rozłożoną lub położoną na suszarce - chusta się w żaden sposób nie odkształci. Do tego akryl jest cieplutki i mięciutki, żadnego podgryzania, jak przy wełnie. 



Oprócz mojej chusty można licytować także inne druciane rękodzieła. 
Jeśli nie możecie licytować, możecie udostępnić post :) Niech jak najwięcej osób się dowie!



niedziela, 7 stycznia 2018

049. Orkiestra gra!



Po raz drugi postanowiłam wziąć trochę aktywniejszy udział w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. Dzisiaj wystawiam trzy rzeczy.

Pierwsza to trójkątna chusta (zresztą, wszystkie trzy to chusty ;) ) zrobiona z Aade Long Aqua z dodatkiem Drops Baby Alpaca Silk. Jak się nie ma pomysłu na estonkę, to się robi paski – to chyba powinien być jeden z moich robótkowych motywów przewodnich :) Paski się sprawdzają zawsze – w sumie mogłabym po prostu robić samą tylko Aade Long, pasma farbowania paskowałyby się same, ale jakoś tak... No, ja lubię kontrasty. Lubię dodatek koloru, ożywiający i podkreślający barwy tła. Stąd decyzja na jasny żółty (określany w sklepie internetowym, nie wiedzieć czemu, mianem pszenicznego) i wąskie paski ściegu francuskiego.
Technicznie jest to ok. 120 g estonki i 50 g Baby Alpaca Silk przerobionych na drutach nr 4.5.
Link: http://charytatywni.allegro.pl/chusta-welniana-recznie-robiona-i5847994





Druga chusta dla odmiany jest półokrągła, bo znienacka doszłam do wniosku, że takimi łatwiej owinąć szyję. Ponieważ nadal byłam w stanie „paskowym”, wybrałam wzór Hanny Maciejewskiej „Olilia”, oparty na pojedynczych żeberkach ściegu francuskiego i rzędach skróconych. Użyłam Flory Dropsa, bo akurat mi się pałętała po szufladach z zapasami, a czerń i czerwień to jedno z moich ulubionych połączeń kolorystycznych – i uważam, że pasuje absolutnie do wszystkiego.
100 g czarnej i 50 g czerwonej Flory przerobiłam na drutach 3.75. Moja Olilia ma 200 cm długości i 47 cm szerokości.
Link: http://charytatywni.allegro.pl/chusta-z-alpaki-recznie-robiona-i5848075

To naprawdę jest krwista czerwień, ale próba złapania tego koloru aparatem to orka na ugorze :)




Nie mogłam sobie oczywiście odpuścić okazji do koralikowania ;) Uwielbiam koraliki (i będę to powtarzać do znudzenia), a już w ażurowych chustach to w ogóle czysta przyjemność. Tym razem padło na „Midnight summer” Olgi Bochkarevej, a że akurat wtedy potrzebowałam jakiegoś mocnego koloru, to wybrałam wściekłą zieleń Haapsalu. Koraliki są delikatnie różowe/brzoskwiniowe/łososiowe, sama nie wiem, co to właściwie za kolor, ale musiały być delikatne, choć początkowo miałam ochotę walnąć wściekłą czerwień. Opamiętałam się, bo co za dużo, to niezdrowo ;) A ponieważ Haapsalu to cienizna, że o mamo, chusta wyszła iście piórkowa: delikatna mgiełka, zwiewna, lekka, ale – ciepła, wszak to wełna.

Poszło na nią 35 g włóczki, robiłam na drutach 2.75, do tego 625 koralików Toho 8/0. I tu uwaga – oryginalny wzór zakłada grubszą włóczkę i grubsze druty, co automatycznie zwiększy samą chustę. U mnie jest to 45 cm wysokości i ok. 130 cm szerokości. 
Link: http://charytatywni.allegro.pl/chusta-z-koralikami-i5858035





Licytujcie, udostępniajcie, grajcie z Orkiestrą!

Link do aukcji WOŚP:
Logo Orkiestry pochodzi ze strony www.intensywniekreatywna.pl 


niedziela, 12 marca 2017

048. Level: skarpetki


Im więcej dziergam, tym bardziej sobie uświadamiam, ile jeszcze mi zostało do nauczenia się, wypróbowania, sprawdzenia. Każda taka nowość to jak ukończenie kolejnego poziomu w grze :) Były nietypowe kształty chust, był sweter, był dwustronny żakard, a teraz są - skarpetki.

I od razu powiem, że to moja wielka miłość. Zakochałam się w robieniu skarpetek, choć zdawałoby się, że nie ma w tym nic romantycznego :) Póki co robię takie  najprostsze, bez żadnych wzorów, ale że jakiegoś urozmaicenia jednak potrzebuję, to korzystam z włóczek melanżowych. Te tutaj skarpetki to efekt wygrzebania z czeluści szuflady motka Fabel Print w kolorze co najmniej wściekłym (Guacamole się toto nazywa). Gapiłam się na niego, usiłując sobie przypomnieć, skąd to się tu wzięło i po cóż, na litość Światłości, był mi potrzebny JEDEN motek włóczki, na dodatek mały, bo 50-gramowy. Nie przypomniałam sobie, pewnie przy okazji jakichś zakupów dorzuciłam z nadzieją, że coś wykombinuję.

sobota, 4 marca 2017

047. Jego Zieloność Sweter





Podobnie jak double knitting z poprzedniego wpisu, również ta pistacjowa zieloność była robiona na zamówienie i również była wyzwaniem – pierwszy raz sweter, pierwszy raz Andes, pierwszy raz wszywanie rękawów... Tyle nowości naraz z jednej strony wprawiało mnie w euforię, z drugiej – wpędzało w konkretną panikę. Panikę uzasadnioną, jak się okazało.

Zamówienie było konkretne: ma być długi sweter z golfem i ma grzać. No, jak grzać, to tylko Andes Dropsa – jeśli wierzyć internetowym opiniom doświadczonych dziewiarek, jest to włóczka doskonale nadająca się nie tylko na Syberię, ale i na Antarktydę. A że sweter docelowo miał wylądować w Norwegii... :)

czwartek, 2 marca 2017

046.Dwustronnie



Lubię robić na zamówienie. Głównie dlatego, że niemal zawsze dostaję takie zamówienia, które są dla mnie niezłym wyzwaniem, już to od strony technicznej, już to od projektowej. Nie inaczej było z szalikiem, zamówionym dla fanki pewnego aktora ;). Szalik miał mieć napis, zaczęłam zatem rozpatrywać warianty wykonania napisu, abstrahując na razie od konkretnych liter.

Co można zrobić, żeby na dzianinie pojawiły się literki?
Po pierwsze – wyhaftować. Haft na dzianinie nie jest ewenementem, wymaga trochę innego podejścia niż klasyczny haft płaski, ale zasadniczo jest to dość szeroko rozpowszechniona metoda zdobienia.
Po drugie – zrobić żakard. Rozrysować schemat, bo w przypadku żakardu jest to łatwe, usiąść i wydziergać.
Niestety, obie te metody mają poważną wadę – a mianowicie nadają się jedynie do projektów jednostronnych, szalik zaś obie strony – prawą i lewą – musi mieć reprezentacyjne. W przebłysku czarnego humoru przyszło mi na myśl, żeby udziergać dwa identyczne, a potem zszyć je ze sobą lewymi stronami do środka, ale to już by była przesada :)


Zostaje zatem trzecia metoda, czasochłonna i wymagająca ogromnej uwagi, za to skuteczna – double knitting, czyli dwustronny żakard. W pewnym sensie są to właśnie dwa żakardowe szaliki, połączone ze sobą, bo DK daje dzianinę dwuwarstwową, tyle że robione jednocześnie i łączone na bieżąco.


poniedziałek, 9 stycznia 2017

045. Dla Orkiestry





Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy wspieram... chyba od zawsze. Zdarzało mi się kwestować jako wolontariuszka, obowiązkowo co roku wrzucałam coś do puszki, potem - kiedy już mogłam sobie pozwolić - dokonywałam przelewów, a w tym roku postanowiłam wesprzeć jakoś tak bardziej namacalnie i - zachęcona zeszłorocznym przykładem - wystawiłam na aukcję świeżo ukończoną ażurową chustę. Informowałam o tym na Facebooku (i wszędzie, gdzie się dało), to teraz coś więcej o przedmiocie aukcji :)

Są takie wzory, które w upojeniu mogę trzaskać raz za razem, bo zachwyca mnie w nich każde oczko. Należy do nich Aeolian autorstwa Elizabeth Freeman. Wzór w oryginale tak bogaty, tak bizantyjski, że można by dostać oczopląsu - gdyby nie jednoczesna zadziwiająca harmonia. Ażury, koraliki, nupki - wszystko uporządkowane w płynnych, naturalnych liniach i kształtach. Przy tym wzór jest łatwy do modyfikacji, zarówno w kwestii wielkości, jak i wspomnianej bizantyjskości: wystarczy zredukować lub w ogóle zrezygnować z koralików i/albo nupków - i mamy czyste linie wzoru, gdzie wzrok nie "ucieka", zawieszając się na ozdobach.

czwartek, 5 stycznia 2017

044. Ostatni w roku





Jest Sylwester, jest impreza :) U mnie co prawda piżamowa, ale starsze pokolenie zabawę miało szampańską. I potrzebowało oprawy. Mama kupiła sukienkę, która aż prosiła się o dodatek w postaci eleganckiego, zwiewnego i eleganckiego szala. No to zrobiłam.

Jedwab, bo jedwab błyszczy szlachetnie, a przy tym blokuje się perfekcyjnie, więc mogłam poeksperymentować ze zwiewnością, nie martwiąc się, że ażur straci kształt. Koraliki, bo ma być wystrzałowo i błyszcząco (gdybym mogła, obsypałabym brokatem, bo to w końcu Sylwester), a poza tym naprawdę lubię z nimi pracować. Wzór Something Borrowed by Kathy Lang, bo już dawno o nim myślałam.

Efekt jest szampański :)

043. Ogień na śniegu





Taaak... Jak widać, wspomniana w poprzednim poście siła wyższa doznała przypływu dzikiej aktywności, zaprzęgła do pomocy siłę niższą i skutecznie odciągnęła mnie od dziergania i blogowania. Znaczy, od dziergania to tak może nie do końca, tyle że najpierw miałam przestój, w czasie którego patrzyłam na druty z obrzydzeniem, a potem zapadłam na przypadłość, objawiającą się zaczynaniem mnóstwa robótek i niekończeniem żadnej z nich. Doszło do tego, że zabrakło mi żyłek i drutów, bo wszystko było zajęte rozgrzebanymi udziergami!
No, ale już powoli wracam do formy. Na początek: prościzna, moja ulubiona, bo i chusta, i same prawe, i nowe włóczki wypróbowane.
Ogień na śniegu.

sobota, 30 lipca 2016

042. Popiół i żar



Tak właściwie miał tu być wpis o czymś innym, ale jeszcze tego "czegoś innego" nie skończyłam, bo pojawiło się zapotrzebowanie na nią. Na chustę Dreambird. W kolorach dowolnych, wybranych przez mnie. Ważny był kształt.

A kształt jest zachwycający. Na bazie jedynie oczek prawych i z wykorzystaniem rzędów skróconych powstaje coś, co zaiste ma prawo nosić nazwę "Ptaka marzeń". W moim wydaniu - nawet Żar-ptaka :)

wtorek, 21 czerwca 2016

041. Mimozami jesień się zaczyna...




...a nie, nie ta bajka.
Za wcześnie myśleć o jesieni, szczególnie w przeddzień lata ;) ale kiedy zobaczyłam Jesienny Bukiet Olgi Bochkarevej, nie mogłam się oprzeć - tym bardziej, że miałam idealną włóczkę do tego wzoru. Czyli moją ukochaną estońską Aade Long, cienką, w kolorach brązów, żółci i czerwieni. Do tego ze cztery rodzaje pasujących koralików i ze dwadzieścia niepasujących :) No aż się prosi, żeby udziergać. Efekt? Efekt można podziwiać poniżej, a zaprezentuje go moja nowa pomocnica, Greta:

sobota, 18 czerwca 2016

040. Ślubne




Uff, jak mnie tu dawno nie było z nowym postem! Rzuciła się na mnie praca zawodowa, którą co prawda bardzo lubię, ale która ma jedną wadę: spada jak śnieg w środku lata. Na szczęście już się ogarnęłam, deadline przestał mi wisieć nad głową, wykończyłam pozaczynane robótki, rozpoczęłam jakiś tuzin następnych, tak że będzie o czym pisać... ale dzisiaj chcę pokazać coś skończonego już dawno, z czego jestem niesamowicie dumna :)

Lubię robić coś przeznaczonego dla panien młodych. Mam wtedy poczucie, że w jakiś sposób przyczyniłam się do wyjątkowości tego pięknego dnia. Do tej pory były to chusty lub szerokie, zwiewne, ażurowe szale, ale teraz trafił mi się rarytas: poncho. W dodatku na pierwszy rzut oka kompletnie nie-ślubne - z szerokim, grubym kołnierzem i kudłatym korpusem. Ale panna młoda sobie takie zażyczyła, a ja się zapaliłam, bo nieoczywistości też lubię :) Odwzorowałam wiernie projekt DROPS Garnstudio tyle że zamieniłam nieprodukowaną już Viennę na, równie kudłatą, Melody. Natomiast włóczki na kołnierz nie zmieniałam i jest to Eskimo.

Kwiatki zrobiłam z błyszczącej Cotton Viscose


Przez cały czas dziergania miałam wrażenie, że to do siebie nie pasuje. Niby wiedziałam, co ma wyjść w rezultacie, ale nie widziałam tego w trakcie. Kołnierz robiony na relatywnie cienkich drutach, mięsisty, zwarty i ciężki; korpus z kolei dziergany z włóczki z włoskiem, wymagającej bardzo grubych drutów, żeby w rezultacie wyszła lekka, puchata mgiełka. Zestawienie tych faktur kłuło w oczy. Niemal wpadłam w rozpacz, ale twardo dziergałam do końca. Zamknęłam oczka, schowałam nitki, rozłożyłam całość na płasko. Szlag, no nie pasuje. Szydełkowe kwiatki dodały kołnierzowi lekkości, ale nie na tyle, żeby całość się ze sobą nie gryzła. Przymierzyłam.
O.
Pasuje.

:))

No więc: Wedding Beach to udzierg z rodzaju tych, które potrzebują nosiciela. Nie mogą być prezentowane na płasko ani nawet na wieszaku - potrzeba im człowieka. Dopiero wtedy pokazują cały swój wdzięk - a czy ktokolwiek by pomyślał, że coś, robione na drutach nr 9 i nr 12 (kołki na wampiry, jak nic...) może być wdzięczne? Jak widać - może :)

A najwdzięczniej wygląda na pannie młodej:


(Autorem obu zdjęć z sesji ślubnej jest Mika Szymkowiak Fotografia)

Garść informacji technicznych: kołnierz robiony z włóczki Eskimo na drutach nr 9, korpus - z Melody na drutach nr 12; dziergałam w okrążeniach; uwaga: Melody kłaczy! Nie jakoś tragicznie, ale jednak ten włosek się sypie. Najdobitniej przekonałam się o tym, kiedy w pewnym momencie musiałam spruć spory kawałek - kłaczki były wszędzie, a z dywanu wyskubywałam je jeszcze przez trzy tygodnie :) Na marginesie - włóczka pruje się całkiem dobrze, nie zahacza o siebie, co pewnie jest zasługą śliskiej alpaki.


Państwu Młodym życzę miękkiej i puchatej wspólnej drogi przez życie, a na tej drodze - wszystkiego, co najlepsze :)))

I dziękuję za zgodę na udostępnienie fotografii ;)



środa, 13 kwietnia 2016

039. Tłumacząc się z tłumaczenia



Czyli krótka przypowiastka na temat tego, jak bardzo tłumaczenie może odstawać od oryginału. Nawet specjalistyczne, gdzie, zdawałoby się, nie ma miejsca na błąd, bo wszystko jest przejrzyste.

Mam ten problem, że większość wzorów na druty jest w języku angielskim, z którym radzę sobie, powiedzmy, że średnio. A tak naprawdę umiem przeczytać i zrozumieć tylko coś, co jest związane właśnie z robótkami, bo tam ten język jest ujednolicony i sformalizowany w taki sposób, że wystarczy zapamiętać ze trzy słowa na krzyż i kilkanaście skrótów i już się rozumie, co trzeba robić. Ale i tak sprawia mi to kłopot, bo nie umiem intuicyjnie "łapać" sensu - muszę sobie przetłumaczyć, co przeczytałam, najlepiej na głos, a to zabiera czas i generalnie frustruje, bo skupiam się na przełożeniu, a nie na konkretnym wyobrażeniu sobie sytuacji na drutach. Dlatego jeśli to możliwe staram się sięgać po tłumaczenia polskie lub rosyjskie. Nie jest to idealne rozwiązanie.

Był sobie wzór, niedostępny w języku polskim. Sięgnęłam zatem po tłumaczenie rosyjskie. Przeczytałam, pierwsza część nie budziła wątpliwości, machnęłam ją zatem, a potem przystąpiłam do części drugiej. Przeczytałam uważnie, bo tu się zaczynały cuda wianki z dodawaniem i odejmowaniem oczek (a był tylko opis, bez schematu), i coś mi się zaczęło nie zgadzać. Zaniepokoił mnie fragment, gdzie była mowa o dodawaniu oczek poprzez narzuty po obu stronach markera. Czyli w praktyce wyglądałoby to tak: narzut-marker-narzut, co faktycznie daje nam podwójny narzut. Podwójny narzut ewenementem żadnym nie jest, zdarza się często w ażurach, bo oprócz dodatkowych dwóch oczek daje także wielką dziurę. Tyle że tu akurat dziura była zdecydowanie niepożądana, oprócz tego jeśli we wzorze występuje podwójny narzut, to musi być zaznaczone, jak go przerabiać w następnym rzędzie. Tu nic takiego nie było. 
No dobra, może źle zrozumiałam, co jest mało prawdopodobne, ale nie odrzucajmy takiej hipotezy. Przeczytałam jeszcze raz. I ponownie. Potem spojrzałam niżej, gdzie była podana informacja, że dodaniu i odjęciu wszystkich wskazanych oczek powinnam ich mieć na drutach 148. Przeliczyłam, zgodnie z tym, co mówił opis. Figę, nie zgadzało się. Jakbym nie liczyła, nie zgadzało się za Leworękiego. Poawanturowałam się jeszcze trochę, wreszcie westchnęłam ciężko i zajrzałam do oryginału.

W rosyjskim tłumaczeniu było tak:
[Dodawanie na ramionach] Прибавляем по 1 петле до и после цветной нитки, в каждом 2-ом ряду, всего 3 раза.
Czyli:
Dodajemy po jednym oczku przed i po kolorowej nitce [=markerze] w co drugim rzędzie, łącznie 3 razy.

A w angielskim oryginale tak: 
Inc 1 st for each shoulder (alternately before and after the marker) every other row a total of 3 times.
Czyli:
Dodajemy 1 oczko na każdym ramieniu (na przemian przed i po markerze) w co drugim rzędzie, łącznie 3 razy. 

Widzicie różnicę? Z przekładu wynika, że na każdym ramieniu dodaję po dwa oczka (bo przed i po markerze), tymczasem w oryginale wyraźnie jest napisane, że dodaję jedno oczko na każdym ramieniu, tyle że na przemian: w pierwszym rzędzie dodawania przed markerem, a w drugim rzędzie - po markerze. Tłumaczenie zatem każe mi dodać łącznie dwanaście oczek, podczas gdy oryginał - sześć. I właśnie o te sześć oczek nie zgadzała mi się łączna ilość oczek po zakończeniu dodawania i odejmowania...

Podobnie było w przypadku zamykania oczek, gdzie w pewnym momencie przekład kazał mi przerobić dwa oczka razem, a oryginał zrobić dwa oczka z jednego. Bardzo dobitnie sobie uświadomiłam, że nie ma siły, jeśli oryginał jest mi dostępny, to powinnam się z nim zapoznać, przynajmniej w newralgicznych miejscach.
Jasne, nie zawsze jest to możliwe, bo np. wzór powstał w języku japońskim, który jest mi kompletnie obcy, ale możliwe są sytuacje, gdy będzie więcej niż jedno tłumaczenie. Wtedy - porównać. Choćby ze słownikiem pod ręką, choćby z translatorem internetowym, ale - porównać.

Wszystko mi się w końcu zgodziło, poncho skończone i sobie schnie, ale ta godzina, kiedy usiłowałam dojść, co jest nie tak, zeżarła mi naprawdę mnóstwo nerwów, aż musiałam uciec się do pomocy milk oolonga, którego piję tylko przy wyjątkowych okazjach :)




piątek, 1 kwietnia 2016

038. Tysiąc kroków w krokusach



Miałam nie robić. Brak odpowiedniej włóczki, brak zapotrzebowania na nową chustę, brak czasu przede wszystkim, a i wzór, mówiąc szczerze, wcale mnie nie zachwycił. Oryginalny, tak, ale zabrakło mu tego czegoś, co przyciąga wzrok. Jednak po przeczytaniu Prologu do razemrobienia u Intensywnie Kreatywnej jakoś tak bezmyślnie zajrzałam na stronę chusty na Ravelry. Obejrzałam sobie inne wersje projektu i odkryłam, dlaczego mnie ten wzór nie pociągał.

Wielka jest siła koloru. Oryginalnie chusta zrobiona była w granacie i różu - zestawie, który jest mi całkowicie obojętny, kiedy go widzę na kimś, ale od którego dostaję piany na ustach, jeśli mam go na sobie. Myśl, nawet podświadoma, że miałabym przez kilka tygodni dziergać coś w tych barwach, a potem może jeszcze nosić... aż mną trząchnęło. 

Ale przy przeglądaniu innych wersji kolorystycznych nagle ten wzór zaczął mi się podobać. I to coraz bardziej, z każdym nowym zdjęciem "podobanie się" rosło. Aż w końcu zobaczyłam oczami duszy swoją wersję kolorystyczną. No, prawie zobaczyłam - kolorem głównym miała być radosna wiosenna zieleń, a co do kontrastowego, to wahałam się pomiędzy trzema motkami. Wzruszyłam ramionami, pomyślałam, że mam trochę czasu, aż skończę część główną, a jak już będę miała sporą płachtę, to łatwiej dopasuję kolor.

wtorek, 22 marca 2016

037. Przetestowane



Jakiś czas temu (tak coś około trzech miesięcy) popełniłam swoje pierwsze mitenki na drutach. Mitenki uwielbiam, w sezonie jesienno-zimowym noszę nałogowo i sama się dziwię, że zrobienie ich własnoręcznie zabrało mi aż tyle czasu. To znaczy, nie, źle się wyraziłam - samo zrobienie, od nabrania oczek na jedną po zamknięcie ich na drugiej, zajęło mi dwa dni. Ale zanim ja się zebrałam...

Po pierwsze, robiłam całkowicie na intuicji. Nie obejrzałam żadnego tutorialu, nie zajrzałam do żadnego wzoru. Odrysowałam swoją łapkę na kartce papieru, obmierzyłam wszystko trzy razy, a potem dla pewności jeszcze raz, zrobiłam próbkę, a nawet dwie, przeliczyłam oczka, podumałam, co właściwie chcę zrobić... Wszystko zapisywałam. Potem zapiski musiały nabrać mocy urzędowej, a ja musiałam nabrać odwagi. Wreszcie uznałam, że już pora, capnęłam druty i włóczkę, i zrobiłam.

piątek, 18 marca 2016

036. Osiołkowi w żłobie dano...



...czyli co się dzieje, kiedy poddaję się pragnieniu zrobienia wszystkiego naraz, i to już-teraz-natentychmiast!

A dzieje się to, że robótki mnożą się jak zwariowane, ani chybi przez pączkowanie: rano były zaczęte dwie, wieczorem trzy i nabrane oczka na czwartą, następnego dnia skończyłam jedną i wydrukowałam wzory na dwie następne... Sprawdziłam kurs dolara i wreszcie kupiłam na Ravelry dwa wzory, na które już dawno się czaiłam, a przy okazji niejako jeszcze trzy, które mi wpadły w oko i właściwie czemu by ich nie zrobić. Przy czym żeby to jeszcze było jakoś zorganizowane tematycznie, kolorystycznie, włóczkowo... A gdzie tam. Jak szaleć, to szaleć.

piątek, 11 marca 2016

035. Zimowe otulenie

 

Kilka dni temu wyjrzałam zaspana przez okno, skonstatowałam: "O, zima przyszła", po czym błyskawicznie oprzytomniałam. Śnieg w marcu co prawda nie jest ewenementem nie z tej ziemi, ale jednak bywa mało wyczekiwany. Kolejną moją myślą było, że co za szczęście, że zdążyłam skończyć dwa otulacze. No, jeden otulacz i jeden szyjogrzej.

poniedziałek, 22 lutego 2016

034. Dylemat mam




Jestem chora. Paskudnie. Do tego stopnia, że nadaję się jedynie do leżenia i czytania, o czymkolwiek wymagającym koordynacji ruchowej nawet nie ma co mówić - o czym boleśnie się przekonałam, próbując wykończyć czarno-czerwonego Motleya: sześć rzędów do sprucia, bo oczka są koszmarnie nierówne i coś naplątałam na brzegu, przez co jedno oczko wyszło wielkie jak u wieloryba. No ale czego chcieć, jak się ręce trzęsą i co chwilę się kicha..?
Ze złości na samą siebie postanowiłam wreszcie dobrać koraliki do planowanej chusty, do czego zbierałam się już od jakiegoś czasu, tylko nie chciało mi się tego całego naboju wyciągać. Naboju - czyli samej włóczki i kilkudziesięciu torebek z koralikami. 
Włóczka to surowy jedwab, koraliki klasycznie - Toho, nawlokłam drugie na pierwszą i zadumałam się głęboko. Wcześniej drogą mozolnych wykluczeń, kalkulacji i rozważań wybrałam 10 kolorów, które pasowały mi estetycznie do bladozielonej nitki. No i z tych dziesięciu ani rusz nie mogę wybrać jednego. Waham się między ciemnym fioletem, brązem i szafirem - zielenie i turkusy po namyśle odrzuciłam, bo chcę ostrego kontrastu. 



Wzór to prawdopodobnie będzie Aeolian, z tym że koraliki będą tylko w borderze (bo po pierwsze, raz już robiłam Aeolian z całymi fajerwerkami, a po drugie - nie mam na stanie 850 koralików w jednym kolorze, a tyle wymaga cała chusta). Możliwe jednak, że znajdę coś innego, w co da się wrobić mnóstwo koralików i co mnie usatysfakcjonuje estetyką i poziomem skomplikowania. Szukam.

Chyba jednak będzie ciemny fiolet...

wtorek, 16 lutego 2016

033. Kudłaczę



Tak mi jakoś znienacka i rychło w czas przyszło do głowy, że skoro mam robić poncho z kudłatej włóczki, to dobrze byłoby tę włóczkę najpierw oswoić. Złapałam dropsową Melody, grubaśne druty, ogarnęłam mętlik w głowie - i kudłaczę.

Bo ta włóczka naprawdę jest kudłata. O, popatrzcie: